Znalezione w sieci: Edukacja domowa – dlaczego nie?

Ponoć jedno z przekleństw brzmi: „Obyś uczył cudze dzieci!”. Tak, nie jest to łatwe, zwłaszcza gdy uczniowie zdają się mieć same przywileje, a nauczyciel tylko obowiązki. A co z uczeniem własnych dzieci? Przecież najważniejszych rzeczy dziecko uczy się w domu, a nie w szkole.

Trzeba przypomnieć oczywistość, że pierwszymi i naturalnymi nauczycielami dziecka (chodzenia, mówienia, używania przedmiotów, znajomości najbliższego świata i poruszania się po nim, modlitwy, częstokroć też czytania, pisania, śpiewania etc.) są jego rodzice. Dlaczego potem wraz z wiekiem szkolnym dziecka rodzice zrzekają się zupełnie tej roli na rzecz szkoły masowej, na którą nie mają już wpływu i która coraz częściej uczy ich dzieci wbrew ich przekonaniom, zasadom i trosce?

Choć w Polsce domowa edukacja (home schooling) jest prawie niepraktykowana (choć dozwolona), to dobrze uświadomić sobie, że w wielu krajach (w USA, Anglii, na Węgrzech, w Portugalii, Australii, Chile, na Tajwanie) jest ona dość popularna i bardziej skuteczna niż edukacja szkolna. Wiadomo, że nikt jej nie wprowadzi ani nie podejmie z dnia na dzień, ale dobrze wiedzieć o jej dobrych stronach. Bo jeśli nie można uczyć dzieci (wspólnie z innymi rodzicami) przedmiotów szkolnych, to czemuż by nie uczyć ich innych umiejętności czy sprawności?

Tak więc dobre strony domowego nauczania to:  

Dziecko pozostaje w swoim domowym, naturalnym środowisku. Wiemy przecież, że poza niewieloma małymi prywatnymi szkółkami szkoły są molochami, gdzie wrażliwsze dzieci czują się jak w dżungli. Trudno więc trudniej wtedy o dobre wyniki, zaangażowanie i polubienie nauki.

Rodzice (krewny, rodzic zaprzyjaźniony) lepiej znają dziecko niż nauczyciel kilkudziesięcioosobowej klasy, uczący często tylko jednego przedmiotu w kilku szkołach. Nie mówiąc już o relacjach z nim i organizacji czasu (odpada dowożenie dziecka). Przy coraz luźniejszych więziach rodziców z dzieckiem tu jest szansa na ich umacnianie.

Wiedza wielu rodziców (czy wspomagających ich) bywa wyższa niż nauczycieli. Także poczucie odpowiedzialności za tę wiedzę jest większe (surowsze egzaminy) niż u nauczycieli. W krajach rozwiniętej edukacji domowej to dzieci nią objęte dostają się na najlepsze uczelnie i wygrywają konkursy.

Edukacja jest tu ściśle sprzężona z wychowaniem, czyli kształtowaniem cech takich jak: obowiązkowość, uczciwość, wykorzystanie czasu, skupienie, umiejętność myślenia, dialogu, ciekawość świata etc. Dochodzi tu brak negatywnego oddziaływania szkolnych rówieśników. Częstokroć rodzice z sąsiedztwa, wspólnot religijnych tworzą grupy kształceniowe, by był kontakt rówieśniczy, ale kontrolowany.

Dostępność pomocy i form samokształcenia choćby poprzez Internet jest teraz tak duża i różnorodna, że uczenie korzystania z niej jest dalece skuteczniejsze w domu niż w szkole. Dochodzi tu prawie nieobecna w szkołach edukacja medialna, czyli wdrażanie w umiejętność i zasady korzystania z mediów.

Edukacja i wychowanie religijne mogą być na pewno lepsze w domu niż w obecnej szkole przy coraz większej bezradności katechetów i niechęci uczniów do religii.

Domowe nauczanie czegokolwiek jest szansą dla rodziców i krewnych, bo uczenie innych jest pogłębianiem wiedzy w sobie samych, sięganiem po nową, jak i inteligentnego dialogu wokół spraw ważnych.

A słabe strony tej edukacji?

To, że u nas jest wciąż nieznana i nieobecna. To, że większość rodziców pracuje lub uważa, że do roli nauczyciela się nie nadaje. Jakby dali już sobie wmówić biurokratom, że do roli rodziców też się nie nadają i żeby powierzali swoje dzieci coraz gorszym szkołom, programom i edukatorom. Jeśli jeszcze nie możemy domowej edukacji wprowadzić i stosować, to nie rezygnujmy z uczenia w domu swoich dzieci tego, czego żadna szkoła i instytucja lepiej zrobić nie może. Uczy i wychowuje naprawdę ten, kto objaśnia świat, uczy się po nim poruszać i wdraża zasady czynienia go lepszym dla siebie i innych. O świecie jako drodze do Boga trudno też zapomnieć, a Jego coraz mniej jest w szkole z założenia bezbożnej. Dlatego tu chodzi o dusze dzieci i ich losy, a one na pewno nie są wam obojętne.

Źródło: TU 

Reklamy

Hodowla Bydła – czyli: MANIFEST NORMALNOŚCI

Dziwię się wam, ludzie….

      …właśnie: czy jeszcze „ludzie”? Czy jeszcze na świecie rządzi Homo Sapiens – czy już tylko Homo Sovieticus, albo jego następca, Homo Europaeus?

   Od ponad stu lat „postępowcy” wmawiali w ludzi, że są tylko bydlętami, że właściwie niczym nie różnią się od zwierząt – a w jakiejś gazecie, bodaj „Wyborczej”, przeczytałem tryumfalny artykuł, że „człowiek tylko czterema genami różni się od stonogi”. I ta propaganda odniosła skutek: ludzie sami uważają się za bydło – i pozwalają traktować się jak bydło.

   Być może różnica między człowiekiem, a zwierzęciem jest tylko kulturowa – ale jest. Fizycznie możemy się nie różnić, ale mamy duszę – czy jak kto chce nazywać tę cudowną cechę człowieka. Być może różnica jest mała – ale cała nasza kultura dążyła, by ją powiększać. Dzisiejsza anty-kultura stara się ją zminimalizować.

   Różnica kulturalna między człowiekiem, a bydlątkiem, jest taka, że decyzje człowieka szanujemy. Decyzji bydlęcia nie. Bydlę trzymamy na postronku, bo może zrobić sobie krzywdę albo wejść w szkodę. Dorosły mężczyzna zaś ma prawo zrobić sobie krzywdę – a jeśli wyrządzi szkodę, to ma za nią zapłacić. I to jest ta podstawowa różnica.

   Jak dzisiaj jesteśmy traktowani przez rządy: jak ludzie – czy jak bydło? Jeśli ktoś każe mi zapiąć się pasem w moim własnym samochodzie – to traktuje mnie dokładnie tak, jak chłop traktuje krowę…

      …to znaczy: traktował. Przepisy Wspólnoty Europejskiej, zdaje się, zakazują trzymania krowy na postronku; to ja w samochodzie muszę być przypięty. Na razie zapinam się sam, ale już niedługo będą automaty nasuwające na mnie pasy – i samochód bez ich zapięcia nie ruszy.

   Krzywdy sobie zrobić nie możemy – ale za szkodę też nie płacimy: jesteśmy (pod przymusem) ubezpieczeni.

   Doi się z nas pieniądze – i za te pieniądze utrzymuje się całe stado, oraz szefostwo tej „Animal Farm”. Tu nie ta poetyka – ale niedługo pokażę, że zdziera się z nas 83% zarobionych pieniędzy – i ONI wydają je za nas.

   Co zrobiłby Normalny Człowiek, gdyby ktoś przyszedł doń i powiedział: „Człowieku: ile zarabiasz? 3000? Świetnie! Daj mi z tego 2400, ja potrącę na siebie 600, a pozostałe 1800 wydam za ciebie – tak, że będziesz bardziej zadowolony, niż gdybyś sam wydał na siebie te 3000!” Co by zrobił Normalny Człowiek? Kopa w sempiternę – za drzwi!

   Homo Europaeus porykuje z radości, że ktoś chce się nim opiekować, i głosuje na takich, którzy wezmą mu jeszcze więcej pieniędzy – za obietnicę, że siano w żłobie będzie świeższe, niż do tej pory! Ma tylko jedną prośbę: by dawać mniej owsa koniom, a trochę więcej siana im, krowom.

   A konie rżą na odwrotną melodię.

   Rzygać mi się chce, gdy czytam, że „rodzice hiszpańscy wyrazili radość, że rząd zajmie się problemem otyłości ich dzieci”. Moja suka wykazuje więcej rozsądku: to ona karmi swoje szczeniaki i – mimo ufności – z pewnym podejrzeniem patrzy, gdy im coś podtykam. A bydlę? Krowa zapewne się cieszy, gdy ktoś zajmuje się jej cielakiem…

   Zgroza mnie bierze – bo na resztki normalnych rodziców spadają kolejne ciosy. Ostatnio „polski” „Rząd” szykuje ustawę karzącą grzywną – 5000 zł – rodziców, którzy nie zaszczepią swoich dzieci!! Tyle się pisze, że niektóre szczepienia mogą być szkodliwe – i nic! Nadal „rząd” wie lepiej, jak opiekować się moim dzieckiem. W interesie firm farmaceutycznych przerabia się ludzi na bydlęta. Ale gdyby nie było to w interesie firm farmaceutycznych – byłoby tak samo źle, tylko jeszcze głupiej.

   Bydło nie myśli. Bydłu serwuje się hasełka typu: „Wszystkie dzieci są nasze”. Żadne z bydląt przecież nie pomyśli, że to oznacza; „Moje dziecko nie jest już moje; jest nasze”. Co w praktyce oznacza, że to p.Minister je szczepi, je wychowuje… Cóż: szczeniak będzie moim psem, będzie mi służył – więc jest normalne, że to ja, a nie jego rodzice, pies i suka, decydują o tresurze. Ale żeby tak samo z człowiekiem?

   Przecież gdy w 1901 roku rząd pruski postanowił zmienić tylko język, w jakim wykładany był jeden przedmiot (religia) nie zmieniając jego treści – we Wrześni wybuchnął strajk szkolny. Dziś kolejni ministrowie zmieniają treści programów, wedle swej woli wymieniają przedmioty – a rodzice to pokornie akceptują, liżąc dobrych panów po rękach – że tak dbają o ich dzieci.

   Tak robi moja suka. Ale człowiek?

   Dwa lata temu w USA, w Utah, dziecko było poddane chemioterapii. Po kilku miesiącach tej nieprzyjemnej kuracji, część lekarzy twierdziła, że już wystarczy – a część, że trzeba ją jeszcze kontynuować. Na nieszczęście wśród tych ostatnich był lekarz prowadzący (który miał przecież interes w kontynuacji – bo brał za to spore pieniądze…). Rodzice mimo to zabrali dziecko ze szpitala. Efekt: ścigała ich policja – i oskarżono ich o kidnapping!!!

   Cóż: dawniej „kidnappingiem” było zabranie dziecka rodzicom. Teraz dzieci są „nasze”, czyli państwowe; i rodzice bezczelnie ukradli państwowe dziecko, cudzą własność!

   Co zrobi farmer, gdy byk z krową wyprowadzą, łamiąc ogrodzenie, swoje cielę z zagrody, gdzie on je umieścił? Przyleje obojgu bydlakom – a cielę umieści tam, gdzie on chce.

   To właśnie robią z nami ONI.

   Jeśli już jesteśmy przy zwierzętach: ONI mają jeszcze inne piękne hasełko: „Zwierzęta należy traktować tak samo, jak ludzi”. Piękne hasło – dopóki się nie dojrzy, że jest ono równoważne hasłu: „Ludzi należy traktować tak samo jak zwierzęta”. Dziś jest „wola polityczna” by staruszkom aplikować euthanazję; przecież dokładnie to samo robi się z innymi bydlętami – czy-ż nie?

   Ludzie: czy jeszcze jesteście ludźmi – czy tylko bydlętami?

   Oczywiście: zawsze większość ludzi chciała, by się nimi opiekować – byle dobrze. Szli więc dobrowolnie pod opiekę feudałów, wisieli u klamki pańskiej – i byli zadowoleni. Jednak dopiero d***kracja spowodowała, z ta Większość narzuciła swe obyczaje reszcie. „Ja lubię, jak mnie pod przymusem szczotkują i przycinają kopyta – to niech wszystkich pod przymusem szczotkują i przycinają kopyta”.

   Czasem mam wrażenie że ONI testują swoje bydełko, do jakiego stopnia już zgłupiało i można zrobić z nim, co się chce. Do czego innego mogą służyć takie pomysły jak „małżeństwa homosiów”? Jednak w miarę, jak to trwa i się rozwija, zaczynam mieć przerażające podejrzenie:

      ONI, dwa pokolenia wcześniej ludzie inteligentni, wychowywali swoje dzieci w tych samych szkołach – i obecnie ONI, to… również bydlęta! Durne, tępe bydlaki marzące tylko żarciu, piciu i ekscesach seksualnych.

   Widać to po sprawie „globalnego ocieplenia”. ONI naprawdę wydają się wierzyć, w „zagrażające nam” ocieplenie! Choć przecież nie trzeba robić badań geologicznych: wystarczy wiedzieć, że „Grenlandia” to ląd, na którym ok. 900 roku kwitły cytryny – a, jak też wiemy, Europa nie została zalana przez ocean. Trzeba też być kompletnym kretynem, by uwierzyć, że lodowce Antarktydy, ogrzane z -40°C do -35°C – zaleją nagle cały świat.

   A ONI wydają się sami w to wierzyć. Nadzorcy bydła stali się głupsi od chudoby, którą się opiekują…

   Piszę to – po raz któryś powtarzając te myśli – jak rozbitek, który wrzuca papier w butelce w odmęt oceanu Internetu. Przecież gdzieś jeszcze są LUDZIE! Nie jestem na świecie sam, nie wszyscy jeszcze zbydlęcieli do cna, w niektórych tli się jeszcze iskra człowieczeństwa! Zbuntujmy się, do cholery! Obalmy ten system!

   Jak można godzić się na ustrój, w którym bydlęta decydują o losie ludzi? Ja nie mam nic przeciwko temu, by ktoś chciał być traktowany jak nierogacizna – czyli żyć w „państwie opiekuńczym”. Ale człowiek, który nie chce decydować o własnym losie, nie powinien w głosowaniu decydować o losie innych!

   Bydło niech sobie porykuje – a my musimy żyć! Bydło myśli o pełnym żłobie – my myślimy w wyprawach w Kosmos. Przyszłość Ludzkości (jeśli ma przetrwać) zależy od tego, czy zwyciężą ludzie – czy bydlęta? Czy wygra Rozum – czy Liczba?

   I nie ma tu znaczenia, czy rządzi, SLD, PiS, PO czy PSL; niezależnie od tego liczba urzędników rośnie, coraz więcej przepisów ogranicza naszą wolność… Jak długo możemy to znosić?

   Na szczęście ten system już jest zgniły. Nawet bydlątka zaczynają rozumieć, że rządzące nimi świnie rozpiły się, zdemoralizowały – i nie są już od nich mądrzejsze. Koniec jest bliski. Musimy się więc z’organizować, by być gotowi do stworzenia zrębów Państwa Wolności – w momencie gdy gdy cała ta anty-europejska „Wspólnota Europejska” zacznie trzeszczeć w szwach.

      To już niedługo. Zacznijmy się szykować.

Źródło: TU 

Wiosenna radość, prace w ogrodzie i wiele więcej

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie bo już przed 7 rano. Słoneczko leniwie wstawało, rozwiewała się poranna mgła. Zapowiadał się ładny dzień i taki jest. Jak dobrze jest móc popracować już w ogrodzie i obserwować jak kwiatki wychylają swe listki spod jesiennych liści. Dobrze czytacie „jesiennych”. Jesienią niestety nie mogłam poszaleć z grabiami i paleniem liści i wiosną przed domem mam jesień. Roślinki próbują się przebić przez ich warstwę. Kursy z taczką i gimnastyka z szuflą to są jak dla mnie najlepsze ćwiczenia na zastane pozimowe kości i wygonienie lenia. Ja wiem, że mycie okien też jest dobre, ale to dopiero przede mną – taki przeplataniec żeby było ciekawiej.

Jak człowiek tak wystawi buzię do słońca i pomyśli o tych wszystkich kolorach wiosny, to myśli niepostrzeżenie uciekają do świąt. Każda z nas chyba już powoli planuje ten przedświąteczny czas, tak aby na kilka dni przed świętami mieć jak najlepiej rozplanowane prace i móc skupić się na religijnym wymiarze Wielkiego Tygodnia. W końcu obrzędy zaczynają się już dużo wcześniej niż bieg ze święconką. W zeszłym roku byliśmy w Wielką Sobotę wieczorem w Kościele i to był „magiczny ” czas.Niestety mało kto pamięta o obrzędach i tradycji.

Dla przypomnienia polecam zajrzenia do książki Hanny Szymanderskiej „Polskie tradycje świąteczne” fragment do ściągnięcia TU i druga pozycja Katarzyna Krzan „Święta, święta… „ do pobrania TU. Bardzo ciekawe pozycje, cytując ze wstępu do jednej z nich:

„W polskiej tradycji istnieje szereg świąt podporządkowanych rokowi liturgicznemu w Kościele. Z „wielką pompą” obchodzi się tylko Boże Narodzenie (a raczej komercyjną Gwiazdkę) i Wielkanoc, które stają się coraz częściej świętami zakupów, a nie czasem spędzanym w rodzinnym gronie. Warto pamiętać nie tylko o podstawowych świętach, ale również o tych mniej popularnych, a przede wszystkim – dobrze jest wiedzieć, jak je obchodzić zgodnie z Tradycją, a nie z poradami z kolorowych czasopism. Z tego ebooka dowiesz się jak bogata jest polska tradycja świętowania. Znajdziesz tu praktyczne porady, jak spędzać świąteczny czas, jak się do niego przygotować oraz jakie znaczenie mają wykorzystywane podczas świąt symbole.”

Już mi się marzą te baby, mazurki i kolorowe jajka, smak białej kiełbaski i odnowa duchowa w sercu w końcu jest za co dziękować Bogu.

No nic, zajrzyjcie do tych książek bo są ciekawe i pomogą w rozmowach z dziećmi i odpowiedzi na wiele ich pytań. Dla tych z Was zainteresowanych otoczką kościelną, religijnym sednem zapraszam do Przewodnika po Triduum Paschalnym.

Wspominałam Wam kiedyś o portalu superkid.pl tam też znajdziecie wiele materiałów dotyczących Wielkanocy: kolorowanki, łamigłówki, książeczki, wierszyki, przykłady prac plastycznych, opowiadania i wiele innych.

Locomotiv GT czyli węgierski powiew

W ciągu mojego życia słuchałam różnej muzyki – od Fasolek przyniesionych przez Św. Mikołaja jak byłam dzieckiem, przez Vader i Black Sabbath w okresie buntu do Anny Marii Jopek  jak już złagodniałam. Ostatnio zafascynował mnie Locomotiv GT a naszą córkę Slash. Oglądała z nami koncert i bardzo jej muzyka przypadła do gustu.

 Locomotiv GT – węgierska grupa rockowa. Okres największej popularność zespołu przypadł na lata 70. dwudziestego wieku. Nagrania z koncertu w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie zostały wydane w 1975 roku na płycie pt. „Locomotiv GT in Warsaw”. Płyta osiągnęła nakład 750 000. Zespół został założony w Budapeszcie 6 kwietnia 1971 roku. Jego założyciele byli muzykami znanymi z innych zespołów: Gábor Presser i József Laux – Omega; Károly Frenreisz – Metro; Tamas Barta – Hungária.

Wczoraj słuchałam jednej ich płyty po angielsku ale poprostu to nie pasuje. Musi być węgierski i już. Bardzo podoba mi się płyta Mindenki. A może zacząć się uczyć węgierskiego? Takie hobby, ciekawostka? Znalazłam nawet w sieci słownik on-line w dwie strony i kurs węgierskiego.

A teraz news z ostatniej chwili nie wiem czy wiecie: Co wydarzyło się nad Hutt River  i co to wogóle jest?

Apel do wszystkich ludzi Dobrego Serca

Na początku marca spotkałam kobietę Anioła. W tym najważniejszym dniu dla każdej kobiety jakim są narodziny dziecka, towarzyszyła mi położna z prawdziwego zdarzenia. Taka co zna sie na swoim fachu a przy tym jest bardzo ludzka i sympatyczna, fachowa i rzeczowa, usmiechnięta i ciepła. Wchodząc na salę czuło się od niej dobroć, uśmiechem dodawała otuchy i dzięki temu nie czułam się tam obco, byłam pod dobrą opieką. Był taki film „Miasto Aniołów”z Nicolasem Cagem  i Meg Ryan, w którym grała lekarza – pani Beata bardzo mi przypomina tę postać.

Wychodząc już ze szpitala z moim skarbem w ramionach, zapytała czy może dać kilka ulotek z prośbą o 1% podatku na swoją chorą córkę. Szczerze mówiąc zdębiałam. Nigdy bym nie pomyślała, że ma chore dziecko i zrobiło mi się tak strasznie przykro. Ulotka leży przede mną ale to, że leży na moim biurku nie pomoże jej córeczce. Dlatego postanowiłam zamieścić ten wpis.

Oliwia urodziła się jako zdrowe dziecko, w wieku 5 miesięcy zdiagnozowano u niej Mózgowe Porażenie Dziecięce, powstałe na skutek torbieli splotu naczyniówkowego. Przeszła dwie operacje. Od czerwca tego roku Oliwia choruje na Epilepsję. Wymaga szczególnie troskliwej całodobowej opieki oraz stymulacji rozwoju psychoruchowego pod fachową opieką odpowiednich specjalistów. Oprócz rehabilitacji w domu niezbędne sa regularne turnusy rehabilitacyjne w specjalistycznych ośrodkach.  W załączeniu ulotka zrobiona przez rodziców do pobrania TU .

Aby przekazać 1% podatku na rzecz Oliwii, wystarczy w rozliczeniu rocznym wpisać: nazwę OPP: Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”, KRS: 0000037904, a w polu „Informacje uzupełniające”: 1% podatku na rzecz Oliwii Maciejewskiej,8755.

Jeżeli chcielibyście wspomóc leczenie i rehabilitacje Oliwki możecie również dokonać wpłaty:

Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą” ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa Bank BPH SA Oddział w Warszawie nr. 15106000760000331000182615 z dopiskiem Oliwia Maciejewska 8755 darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Każda złotówka będzie wykorzystana na leczenie i rehabilitację Oliwii.

%d blogerów lubi to: