Co było dalej… ?

W zeszłym tygodniu pisałam, że zabieram się za czytanie Hobbita. Ogłaszam, że już przeczytany. Bardzo fajna książka przygodowa dla osób z dużą wyobraźnią. Faktycznie lepiej najpierw przeczytać tę pozycję a potem Władcę pierścienia. Odwrócenie kolejności równa się mniejszej ciekawości i napięciu co będzie dalej… Jak potoczą się losy hobbita? Zastanawiałam się nad czytaniem kolejnych pozycji pana Tolkiena ale zrezygnowałam. Na razie wystarczy.

Jako, że czytałam Hobbita na telefonie poszłam za ciosem i wgrałam sobie kolejne książki. Forma e-booków jest bardzo fajna. Co prawda bardziej męczy sie wzrok (niestety nie mam pożądnego czytnika) i nie ma przy czytaniu „tego czegoś”, tego klimatu charakterystycznego dla papierowej książki, który bardzo lubię. Niewątpliwą zaletą e-booków jest ich mobilność i szybszy, łatwiejszy do nich dostęp. Wystarczy poszukać w sieci sklepu z e-bookami, kupić, zapłacić i ściągnąć wybraną pozycję na dysk. Nie mówiąc już o tym, że często możemy ściągnąć darmowy fragment i poprostu sprawdzić czy dana pozycja nam odpowiada. Często przecież mimo polecenia przez znajomych okazuje się, że książka nam zupełnie nie podeszła i żałujemy wydanych pieniędzy. Po tradycyjną książkę musimy wybrać się do księgarni (jej koszt często jest wyższy niż ebooka) lub do biblioteki a w zimowy, mrożny dzień jest to wątpliwa przyjemność.

Już dawno się przymierzałam do przeczytania lub posłuchania „Domu nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej. Ze względu na słabe łącze nie ściągnęłam sobie darmowego fragmentu z kiosku i zdecydowałam się na formę elektroniczną książki. Jakbyście chcieli to TU  jest link do darmowego fragmentu audiobooka.

Cóż mogę powiedzieć o tej książce? Zaczarowała mnie, urzekła i po przeczytaniu jej poczułam niedosyt i od razu sięgnęłam po „Miłość nad rozlewiskiem” choć kolejność czytania powinna być nieco inna. Nie oglądam telewizji więc mój odbiór książki nie był w żaden sposób spaczony lub zasugerowany poprzez serial telewizyjny. Powieść jest napisana przyjemnym językiem, latwo się ją czyta można by rzec, że pożera. Losy bohaterów są zaskakujące i każda z nas odnajdzie w nich cząstkę siebie samej. Co prawda kilka rzeczy mnie drażniło w tej opowieści, że tak powiem sprawy natury moralnej, cielesnej. Wydaje mi się, że w naszym zagonionym świecie nie jedna z nas  popełnia ten sam błąd co trzy główne bohaterki książki. Autorka pokazała rzeczywisty świat taki jaki jest i może dlatego tak bardzo się to zauważa. Mało która dziewczyna szanuje się i czeka z tymi sprawami do ślubu, dopiero po latach budzac się z ręką w przysłowiowym nocniku i plując sobie w brodę jak mogłam być taka głupia.

Kilka cytatów z książki:

Tak, kiedyś nawet lubiłam shopping. Teraz zmusiłam się do pójścia z Manią. Lubimy swoje towarzystwo. Lubię to, co mówi, jak reaguje, co wybiera dla najbliższych, ale reszta…
Otacza nas sama reklama. Wszystko, od wystaw, przez świąteczne obniżki, po muzykę lecącą w sklepach (w każdym inną) woła do mojego portfela. Jestem frajerem, na którego się poluje, do którego modlą się ceny, kolory, ekspedientki. Mam wyłożyć kasę, kupić i spadać.”

„Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że to, co robimy, to pozłotka, nic ważnego w sensie ogólnoludzkim. „Pracuję dla zysku firmy”. „Formuję gusta społeczne”. „Pomagam kanalizować zapotrzebowanie i popycham do przodu gospodarkę rynkową”. Jezu! Jakiś absurd! Kanał!
Reklamujemy rzeczy tylko po to, żeby się sprzedały, napędziły kasę nam i producentowi.
Nic poza tym się nie liczy. Człowieka i jego potrzeb nie ma. On ma tylko kupić i nie narzekać.
To jakaś paranoja!
Gigantyczne pieniądze na reklamę nowego proszku, który jest gówniany. Kampania
reklamowa paraleku, który od dawna jest w aptekach, ale pod starą nazwą, więc trzeba wzmóc sprzedaż. Ogromna forsa ładowana w telewizyjną reklamę sieci sklepów, która wyzyskuje swoich pracowników, upodlając ich i poniewierając nimi niczym niewolnikami, stosuje niedozwolone chwyty handlowe, towar ma tani, ale byle jaki. Jedno wielkie oszustwo, a ja dobrze sobie z tego oszustwa żyję.

„Włączałam telewizję. Koszmar.
Durne memlanie, reklamy gówien, idiotyczne seriale dla półmózgów, programy dla
dzieci. Siedziałam w fotelu i beczałam. Nie umiem żyć…”

„Wiesz, mamo, chyba umiałabym załapać jakoś te rytmy.
– Jakie?
  – No, palenie w piecu, noszenie drewna, gnój w oborze. To wszystko jest takie potrzebne, prawdziwe, konieczne, logiczne, że aż przyjemnie się to robi.
– A to takie zwykłe życie, prawda? Kampania reklamowa nowego proszku wydaje się
przy tym nieistotna, głupia.”

„Boże! Mam przecież dopiero czterdzieści parę lat! Dopiero się rozkręcam! Mam siłę,wiedzę, doświadczenie! Nie mam maleńkich dzieci i obowiązków domowych! Moja wiedza jest sto razy większa od wiedzy dzieciaków z działu promocji! Ja jedyna mam jeszcze jako tako opanowaną gramatykę i ortografię, wiedzę ogólną…
Szlag! Przecież to się nie liczy! W „kompie” jest Tezaurus, w internecie – wszystko. To co się liczy? Młodość! Brak zahamowań, nonszalancja, „cel uświęca środki”, „za wszelką cenę”. Nie pasuję tu z moimi manierami, wahaniami, poglądami…”

Ta powieść jest bardzo prawdziwa, życiowa. Nie wszystkim się jednak podoba i spotkałam się z różnymi opiniami na jej temat. Każdy z nas czy każda z nas ma inny gust, czego innego poszukuje i dobrze. Inaczej świat byłby bardzo nudny.

Autorka ma bardzo ładnie zrobioną stronę internetową i nawet prowadzi swój blog. Zaprasza tu.

Wiem, wiem moje ostatnie wpisy są mało zwiazane z tematem edukacji i dzieci. Obiecuję się poprawić jak tylko wpadnie mi w ręce coś interesującego. W chwili obecnej córcia kolejny raz czyta „Filonka Bezogonka” i ” Nowe przygody Filonka Bezogonka”. Bardzo jej się ta pozycja spodobała a dla lubiących słuchać TU możecie odsłuchać fragment.

A może spojrzeć na to tak: Pokreślone, i co z tego?

W ostatnim wpisie umieściłam linki do fragmentów zeszytów z kartami pracy. Ostatnio ta pomoc dydaktyczna jest bardzo modna i dużo się o nich mówi i często korzysta. Statystycznemu rodzicowi może się przez to wydawać, że on nie zna sie na uczeniu dzieci, że nie ma do tego predyspozycji, że sam by nigdy nie wymyślił takich zadań, że ma za małą do tego wyobraźnię. Nie jest to jednak prawdą. Kto zna lepiej swoje dzieci jak nie rodzic? Kto tłumaczy im świat?

Dzisiejszy wpis jest podyktowany reprymendą jaką odczułam po przeczytaniu artykułu pani Aliny Kalinowskiej pt.” Czysty zeszyt”. Zwróciła mi uwagę na kilka aspektów w pracy z dziećmi. Muszę się szczerze przyznać, że w jej artykule zauważyłam moje błędy, błędne myślenie jeśli chodzi o ocenę pracy mojej córki- czystość wykonania. Weronika jeśli pracuje w zeszycie z zadaniami do matematyki, wokół kratek do wpisania rozwiązania i na marginesach przeprowadza swoje obliczenia, kreśli kreski, szlaczki i tym podobne. Zawsze zwracamy jej uwagę, że tak nie należy robić, że przez to zeszyt wygląda okropnie, że  jeśli potrzebuje coś rozwiązać niech weźmie dodatkową kartkę.

Chyba nigdy nie pomyślałam tak jak autorka artykułu, a może pomyślałam ale nie dopuściłam tej myśli do siebie, że :

„Trzeba jednak zdawać sobie również sprawę z istnienia słabości pracy z zeszytem ćwiczeń. Wśród tych ostatnich można wymienić przede wszystkim następujące mankamenty:
– uzupełnienia muszą być poprawne od razu – dzieci nie powinny wpisywać, jeśli nie są pewne wyniku. Taki wymóg jest możliwy do spełnienia wówczas, gdy dziecko już potrafi rozwiązywać dobrze zadania, którymi ma się zajmować (po co więc ma to robić?) lub w sytuacji, gdy nauczyciel poda gotowy i szczegółowy wzór postępowania (uczeń nie ma więc szansy na samodzielne odkrywanie zależności matematycznych);
– wypełniając gotową kartę pracy uczeń skupia się przede wszystkim na formie zapisu a mniej na poprawności myślenia;
– wiele proponowanych ćwiczeń jest odtwórczych, w małym zakresie rozwijających myślenie matematyczne (uczeń nie ma możliwości rozwijania umiejętności twórczego rozwiązywania problemów matematycznych). W efekcie mamy zwielokrotnienie w czasie podobnych ćwiczeń.”

„Prowadzenie badań stwarza szansę na zauważenie prawidłowości oraz na wyjaśnianie jej sensu.”

„W kontekście pokazanych przykładów należy wyraźnie wskazać wyższość zeszytu tradycyjnego, jako naturalnego miejsca samodzielnego tworzenia przez dziecko wiedzy matematycznej, nad gotową kartą pracy. Musi on stanowić osobiste narzędzie dziecka, za które ono ponosi odpowiedzialność oraz decyduje w sprawie sposobu jego wykorzystania. Tak jak tablica stanowi miejsce prób zapisywania z możliwością szybkich zmian, tak zeszyt powinien stanowić osobistą pomoc, po którą dziecko może sięgać zawsze, gdy odczuwa taką potrzebę. Jego wygląd nie powinien podlegać żadnej ocenie nauczyciela, a treść merytoryczna mogłaby stanowić punkt wyjścia dla dyskutowania nad ciekawymi aspektami prowadzonych przez ucznia badań.”

W końcu przecież chodzi oto, żeby dziecko zrozumiało jak się osiąga wynik danego działania. Dopiero w późniejszym etapie nauki dziecko nabiera biegłości w liczeniu i możemy ocenić poprawność wykonanego działania, szybkość liczenia. Ciekawym aspektem pracy z kartami co nie dotyczy zeszytów ćwiczeń jest to, że nie zawsze dziecko może wrócić do tego co było poprzednio. Zadania są drukowane na luźnych kartkach i nie zawsze wpinane w jakiś segregator aby w momencie natknięcia się na jakiś problem dziecko mogło wrócić kilka stron, dni do tyłu. Taki sposób archiwizowania zrobionych zadań daje równiez rodzicowi lepszy ogląd na to co już dziecko przerobiło. Z czym miało problem – myślę, że tam gdzie wiecej skreśleń i poprawek tym intensywniej dziecko przerabiało materiał.

Link do artykułu: TU Alina Kalinowska „Czysty zeszyt”.

Musimy dać dzieciom eksperymentować, dochodzić do prawidłowych rozwiązań po swojemu. Jak zapewne zauważycie, dzieci mają swój własny sposób myślenia i jest on zupełnie inny niż byśmy się w danej chwili spodziewali. Teraz sobie nie mogę przypomnieć konkretnego przykładu ale kilka dni temu taka sytuacja przydarzyła się mi. Weronika doszła do poprawnego wyniku w sposób zupełnie zaskakujący i według mnie o wiele bardziej skomplikowany. Niestety my dorośli jesteśmy spaczeni przez skołę, przez schematyczny sposób myślenia.

Musimy odróżnić estetykę wykonania zadania od badania nad jego rozwiązaniem i jego zapisem. Najważniejsze co mi się nasuwa na myśl to to, że my byliśmy tresowani w czystym i ładnym prowadzeniu zeszytu. Podkreślone tematy, kształtne pismo, śliczne szlaczki pod koniec każdej strony – nie ważne do jakiego przedmiotu zeszyt był. Chyba nie skłamię jak stwierdzę, że kazdy z nas przeszedł przez wyrywanie kartek z zeszytu aby przepisać lekcję raz jeszcze. Jakby sie nad tym zastanowić tak głębiej to zapewne wiele indywidualności zostało w ten sposób zabitych – przecież wszyscy muszą być tacy sami.

Nie róbmy tego naszym dzieciom. Uczmy ich staranności i dokładności, estetyki. Zostawmy to na czas kiedy uczymy je pisać, ucząc kaligrafii – motywujmy to w ten sposób, że jasne i czytelne przedstawianie swoich myśli pozwoli osobie czytającej np. list lepiej nas zrozumieć. Zwracajmy uwagę na staranność przy pracach plastycznych, przy robieniu kartki dla babci czy zaproszeń na urodziny. Jeśli dzieci mają coś do rozwiązania – zadanie z matematyki, fizyki czy chemii dajmy im poeksperymentować, dojść do prawidłowego rozwiązania w swój własny indywidualny sposób. Dajmy im zrobić mapę myśli. Niech ten zeszyt czy kartka wygląda jak by przeszło po nim małe tornado. Przecież sztuką nie jest wkucie np. dodawania do 10 na pamięć, tylko zrozumienie zależności, wizualizacja, tak aby świadomie wiedziały skąd coś się bierze. Korzystajmy z gotowych kart ale z rozsądkiem.

Niestety nasuwa mi się smutne acz prawdziwe podsumowanie tego wpisu: Dzisiejsza szkoła jest nastawiona na rozwiązywanie testów na zaznaczanie: A, B lub C i nauczycieli w większości i tak nie obchodzi jak myślą nasze dzieci tylko żeby zaznaczyły prawidłowy kwadracik. Pytanie jest czy chcemy coś z tym zrobić? Czy zamknąć oczy i sprawić aby nasze dzieci były bezmyślnymi automatami?

Jeśli chcecie poszerzyć swoje horyzonty i odkryć jak myślą dzieci zapraszam na tę stronę KLIK.

%d blogerów lubi to: