O edukacji domowej słów kilka

Kończę czytać książkę „Edukacja domowa w Polsce. Teoria i praktyka” Marzeny i Pawła Zakrzewskich. W pewnych momentach kiwam głową z aprobatą, a w pewnych krew się we mnie gotuje – jak w ogóle można tak pomyśleć, tak sądzić, samemu będąc rodzicem.

Określenie „edukacja domowa” kojarzy się niektórym osobom negatywnie.

Edukacja domowa = rodzice izolują dziecko od otoczenia, trzymają pod kluczem, kloszem i nie pozwalają na samodzielność, nie socjalizują dzieci, marnują dzieci.

Czy aby na pewno tak jest? O co w tym wszystkim chodzi?

W okresie kiedy dziecko jest malutkie, takie świeżo urodzone, rodziców, a w szczególności mamy denerwują uwagi innych, a że nie ma czapeczki, a że powinno już pić soczki, a że już powinno chodzić…. drażni i denerwuje każde podważanie autorytetu rodzica. Należy jednak pójść krok dalej a zarazem do tyłu – już podczas ciąży, kobiety denerwuje jak dostają tysiąc rad od otaczających je ludzi co powinny jeść, a czego nie, bo zaszkodzą dziecku. I znów, nosząc dziecko pod sercem już wiemy co jest dla niego dobre i denerwuje nas podważanie naszego zdania i nie szanowanie naszych decyzji. Mamy już w okresie prenatalnym dbają o rozwój, edukację swojego dziecka. Czytają mu książeczki, mówią do niego, gładzą brzuch słuchając Mozarta. Następnie urządzają pokoik, wybierają najlepszy z możliwych szpital, plan porodu.

Z czego to wszystko wynika?

Odpowiedź jest prosta -z roli. Przecież rolą rodziców jest wprowadzenie dziecka w świat, zapewnienie mu poczucia bezpieczeństwa, zadbania o jego pełen brzuszek, suchą pieluchę, odzienie. Zadbanie o jego rozwój fizyczny, psychiczny,  duchowy, moralny. Ilu rodziców tyle dróg. Ilu rodziców tyle sposobów na zrealizowanie tych celów, rodzajów podejść do dzieci. Jednak większość rodziców (specjalnie nie piszę wszystkich) chce dzieci dobra – szeroko rozumianego. Uważa swoje dziecko za jedyne w swoim rodzaju, wie co mu służy a co nie. Jaką ma wizję tego malutkiego człowieka jako osoby dorosłej.  Stara się dobrać środki i metody, aby jego wizja się spełniła.  Do momentu ukończenia przez dziecko wieku 5 lat rodzice mają na tym polu wolność. Rodzic decyduje czy w portfelu będzie miał więcej, a spędzi mniej czasu z dzieckiem, czy odwrotnie. Czy pośle dziecko do żłobka, przedszkola czy zostanie z nim w domu. Czy będzie wychowywać je na wsi czy w mieście. Czy będzie je uczyć czy zupełnie to zignoruje. Czy będzie jeździć z dzieckiem po świecie czy żyć w jednym miejscu. Do wspomnianego wieku dziecka rodzic ma edukacyjną wolność  i może stawiać sobie dużo Czy?

No ale zaraz , zaraz o jakiej edukacji my tu mówimy.

O edukacji, którą można ogólnie opisać jako trwający przez całe życie proces kształtowania się postaw, wartości, umiejętności i wiedzy na podstawie różnych doświadczeń oraz wpływu edukacyjnego otoczenia (rodziny, znajomych, środowiska pracy, zabaw, rynku). O edukacji akcydentalnej (ad hoc), wynikającej z codziennych sytuacji, które wydarzyły się niespodziewanie i nie były zaplanowane, ale były źródłem cennej wiedzy lub doświadczenia.

I tu następuje moment krytyczny, chwila gdy świat pęka i następuje chwila obowiązku przedszkolnego i za chwilę obowiązku szkolnego. W tym momencie, nagle jest nam odebrana decyzyjność, wolność. Rodzice zastanawiają się gdzie posłać dziecko,  jaka placówka będzie dla niego najlepsza. Nie mają wpływu na program nauczania czyli na treści, które będą przekazywane ich dziecku. Nie mają szansy wyboru nauczyciela, poznania jego życiowych kierunkowskazów, poddają się temu co narzuciło państwo.  HALO!!! Czy nie uważacie, że coś tu jest nie tak?

Niektórzy rodzice jednak nie chcą oddać tej wolności i wybierają edukację domową, a tak naprawdę wybierają nieprzerywanie już zaczętego procesu edukacji, nie chcą oddać swojego autorytetu. Jak słusznie zauważyli Monika i Zdzisław Anulak – „edukacja domowa dziecka zaczyna się w momencie, kiedy dziecko przychodzi na świat, i trwa każdego dnia, z każdym impulsem dziecka do jakiegoś rodzaju aktywności, z każdym pytaniem,  z każdą rozmową. To jest proces zależny w dużym stopniu od samego dziecka, od jego upodobań, zainteresowań, ale także jakoś inspirowany przez rodziców: czy to historią na dobranoc, czy to podrzuconą książką…” To rodzice wiedzą najlepiej, co jest dobre dla ich dzieci  a nie jakiś urzędnik.  Kto dał prawo urzędnikom do stawiania wymagań naszym dzieciom? Jak słusznie zauważa Konrad Arciszewski ” Ustawowy przymus instytucjonalnej edukacji dzieci jest równie absurdalny jak ewentualne nakazy norm żywienia i ubierania, o które to sprawy rodzice zabiegają obecnie bez państwowych dekretów. Rodzice po prostu dbają o dzieci, a potrzeby edukacji należą do jednych z najważniejszych. To wstyd, że takie rzeczy trzeba przypominać. Różnorodność charakterów, predyspozycji i nieprzebrane bogactwo talentów wymaga, by edukację indywidualizować i dywersyfikować, aby to bogactwo zaowocowało. Takie możliwości edukacji dzieci daje wyłącznie wolna inicjatywa rodziców, stowarzyszeń, lokalnych społeczności, Kościoła. Pod warunkiem jednak zniesienia sztywnego gorsetu państwowych norm i programów. ”

„Istotą tej formy edukacji jest poszanowanie naturalnych praw rodziców do właściwego zatroszczenia się o własne dzieci. Najważniejsze jest to, aby dziecko mogło uzyskać wiedzę i umiejętności, dzięki którym będzie mogło kontynuować własną edukację w dowolnym czasie i w dowolnym typie instytucji edukacyjnych. To, kto się przyczyni do ich pozyskania, musi być całkowicie pozostawione decyzyjności rodziców. To rodzice są pierwszymi i jedynymi naturalnymi „właścicielami” praw ich dziecka do rozwoju, w tym do jego jak najlepszej edukacji” zauważa prof. Bogusław Śliwierski.

Rodzice wybierający edukację domową i tak muszą poddać się narzuconemu przez państwo programowi, dzieci muszą być zapisane do szkoły i zdawać egzaminy. Rodzice nie mają zupełnej swobody, wolności,  autorytet rodziców jest w pewien sposób ograniczony.

Ks. prof. dr hab. Jerzy Bajda analizuje List do rodzin  Jana Pawła II. W tymże liście  zauważa, że ” IV przykazanie podkreśla autorytet rodziców jako wychowawców ze względu na więź tajemnicy zrodzenia z tajemnicą Stworzenia. Jeśli bowiem mówi się, że rodzice „dali życie dzieciom”, to równocześnie pamiętamy, że prawdziwym Autorem daru życia jest Bóg Stwórca, który działa w rodzicach i przez rodziców: oni „dają życie” jedynie w tym znaczeniu, że ich wola ludzka jest w pełni poddana woli Boga, z którym współdziałają przez miłość płynącą z sakramentu małżeństwa. Nie są oni „stwórcami życia”, lecz jedynie znakiem widzialnym objawiającym działanie Boga jako Stwórcy i Ojca życia ludzkiego. Jest to – poza kapłaństwem- najwyższy autorytet objawiający się w historii ludzkości. Autorytet ten niesie przywilej, ale i obowiązek oznaczający, że rodzice nie mogą oddawać sprawy wychowania w obce ręce i żadna instytucja, nawet państwo, nie może uzurpować sobie prawa do zastępowania rodziców w tym posłannictwie. Jak wiemy z katolickiej nauki społecznej, państwo spełnia jedynie rolę pomocniczą, to jest uzupełnia ze swej strony to, co przekracza możliwości rodziców. Mówi o tym Deklaracja o wychowaniu chrześcijańskim (nr 3).”

To tylko taki zarys, drobna refleksja nad tym jak rodzice łatwo oddali los ich dzieci w ręce państwa, urzędników, zawierzając im swój los. Jeśli doczytaliście wpis do tego momentu to posłuchajcie tej audycji  (temat poruszany jest szerszy niż tytuł audycji) Może to, o czym już dawno myślicie, zacznie się Wam układać  w całość i los swojej rodziny weźmiecie w swoje ręce. Odwagi!

Reklamy

„Prawdziwa miłość otwiera ramiona, a zamyka oczy”

Miałam dziś zamieścić trochę inny wpis, ale niestety nie zdążyłam obrobić zdjęć. Wpis będzie jutro a na otarcie łez chwila refleksji nad własnym życiem i miłością szeroko pojętą.

„Miłość nieprzyjaciół wielkim wyzwaniem

Miłość nieprzyjaciół
Jezus powiedział do swoich uczniów: Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie!

Opowiadanie pt. „77 razy”

Vanko ukończył Akademię Wojskową jeszcze w nie podzielonej Jugosławii. A teraz miał wyruszyć na front, aby walczyć z Serbami w obronie Chorwacji. Narzeczona żegnając sie z nim dała mu medalion z wizerunkiem Matki Bożej i poprosiła: – Noś go, niech on Cię chroni. Myślami bądź zawsze przy mnie. Cokolwiek się stanie bądź mi wierny. Jestem twoja na zawsze!

Na skutek zmiennych losów wojny, pewnego dnia w czasie ataku młody oficer dostał się w ręce Serbów. Ci mieli tajne polecenie, aby nikogo nie brać do niewoli. Oficer powoływał się na prawo wojenne, biorące w obronę bezbronnych jeńców. Odwoływał się do litości przeciwnika. Daremnie.

W końcu powiedział do serbskiego oficera: – Liczę na pana żołnierski honor. Niech pan wyśle ten medalion pod wskazany adres.

Traf chciał, że kilka dni później ten sam oficer, który dowodził plutonem egzekucyjnym, został ranny i dostał się do chorwackiej niewoli. Umieszczono go w szpitalu, gdzie pracowała jako pielęgniarka narzeczona Vanka.

Na dyżurze lekarz przypomniał Milenie: – Co cztery godziny najwyżej 10 kropli leku. Odmierzysz więcej, może umrzeć. Dziewczyna ze współczuciem i poświeceniem pielęgnowała rannego. Ucieszyła sie, gdy mógł już trochę mówić. Na jego prośbę sięgnęła do portfela i wyjęła medalion.

Od razu go poznała. – Skąd go masz?

– Od Chorwata, którego musiałem rozstrzelać.

Dziewczyna zbladła. Zadrżały jej ręce… Ranny, którym się opiekowała zabił jej ukochanego. Leżał teraz przed nią bezbronny. Od niej zależało jego życie. Odruchowo budziła się w niej nienawiść. Tylko 10 kropli… powiedział lekarz. Zabić go. Pomścić narzeczonego. Już podjęła decyzje. Zabije mordercę. Spojrzała nagle na ścianę. Zobaczyła wiszący krzyż. Chrystus patrzył na nią. Tak, patrzy!

W sercu Mileny toczyła się wewnętrzna walka. Ranny powoli zaczął tracić przytomność. Przypomniała sobie słowa z kościoła: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują.Ranny wije sie z bólu. Milena powoli, dokładnie odmierza krople… 5, 9, 10, ani więcej, ani mniej…

Refleksja
Stary Testament mówi krótko: oko za oko, za ząb. Jezus naucza inaczej, bo mówi o miłości naszych nieprzyjaciół. Taktyka Jezusa jest prosta: „zniszczenie” w zarodku nienawiści do drugiego człowieka. Metoda zaś wymagająca: odpłacić drugiemu za to co złe – dobrem.

Stąd chrześcijaństwo często jest dziś niemodne, wręcz groteskowe, uważane za naiwne, często żałosne i godne wyśmiania oraz pogardy.

Pozostaje jednak wciąż pytanie: jeśli nie miłość nieprzyjaciół, to co innego? Czyż permanentna wojna każdego z każdym do utraty tchu i sił jest jedynym rozwiązaniem? Czy prawo niszczenia wszystkiego i wszystkich wokół nas wprowadzi rzeczywisty pokój wśród ludzi? Tylko gest otwartej dłoni, a nie podana pięść daje szanse na lepsze jutro. Obyśmy go wszyscy doczekali…

3 pytania na dobranoc i dzień dobry
1. Czy uważasz, że zgodę można zdobyć tylko siłą?
2. Czy miłość nieprzyjaciół jest sprawą łatwą?
3. Czy zdarzyło Ci się odrzucić gest pojednania? Jeśli tak, to dlaczego?

I tak na koniec…
„Prawdziwa miłość otwiera ramiona, a zamyka oczy” (Antoine Marie Roger de Saint-Exupéry).”

Źródło: Mariusz Han SJ

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/na-dobranoc-i-dzien-dobry/art,13,na-dobranoc-i-dzien-dobry-lk-6-27-38.html

%d blogerów lubi to: